Pytanie
Henryk Sienkiewicz, Krzyżacy
A stary Maćko szukał wciąż na krwawym pobojowisku Kunona Lichtensteina — i szczęsny we wszystkim dnia tego los dla Polaków wydał go wreszcie w jego ręce w zaroślach, w których przytaiła się garść uchodzących ze strasznego pogromu rycerzy. Blask słońca, który odbił się w zbrojach, zdradził ich obecność przed pościgiem. Padli wraz wszyscy na kolana i poddali się natychmiast, lecz Maćko, dowiedziawszy się, iż wielki komtur Zakonu znajduje się między jeńcami, kazał go stawić przed sobą i zdjąwszy hełm z głowy, zapytał:
— Kunonie Lichtensteinie, zali poznajesz mnie?
A on zmarszczył brwi i utkwiwszy oczy w oblicze Maćka, rzekł po chwili:
— Widziałem cię na dworze w Płocku.
— Nie — odpowiedział Maćko — widziałeś mnie przedtem! Widziałeś mnie w Krakowie, gdym cię błagał o życie mego bratanka, który za nierozważny napad na ciebie na utratę gardła był skazan. Wówczas to ślubowałem Bogu i zaprzysiągłem na rycerską cześć, iż cię odnajdę i spotkam się z tobą śmiertelnie.
— Wiem — odparł Lichtenstein i wydął dumnie usta, chociaż zarazem pobladł mocno — ale jeńcem twoim teraz jestem i zhańbiłbyś się, gdybyś miecz na mnie podniósł.
Na to twarz Maćka ściągnęła się złowrogo i stała się zupełnie do paszczy wilczej podobna.
— Kunonie Lichtenstein — rzekł — miecza na bezbronnego nie wzniosę, ale to ci powiadam, że jeśli mi walki odmówisz, tedy cię każę jak psa na powrozie powiesić.
— Nie mam wyboru, stawaj! - zawołał wielki komtur.
— Na śmierć, nie na niewolę - zastrzegł raz jeszcze Maćko, - Na śmierć.
( po chwili starli się z sobą wobec niemieckich i polskich rycerzy. Młodszy i zręczniejszy był Kunon, lecz Maćko tak dalece siłą rąk i nóg przeciwnika przewyższał, że w mgnieniu oka obalił go na ziemię i kolanem brzuch mu przycisnął.
Oczy komtura wyszły z przerażenia na wierzch.
— Daruj! — jęknął, wyrzucając ślinę i pianę ustami.
— Nie! — odpowiedział nieubłagany Maćko.
I przyłożywszy mizerykordięl do szyi przeciwnika, pchnął dwukrotnie, a tamten zacharczał okropnie; fala krwi buchnęła mu ustami, drgawki śmiertelne wstrząsnęły jego ciałem, po czym wyprężył się i wielka uspokoicielka rycerzy uspokoiła go na zawsze.
mizerykordia — krótki sztylet o wąskiej klindze używany w średniowieczu do dobijania rannego przeciwnika
Henryk Sienkiewicz, Potop
I gdy po kilku skokach odległość powiększyła się jeszcze bardziej, wyprostował się w kulbacel, szablę puścił na temblak2 i złożywszy ręce koło ust, począł krzyczeć głosem spiżowym:
Umykaj, zdrajco, przed Kmicicem! Nie dziś, to jutro cię dostanę!
Pan Andrzej wydał okropny krzyk radości i nie wstrzymując pędu, wzniósł szablę do cięcia.
- Trup! trup! - zawołał książę.
I chcąc tym pewniej uderzyć, począł konia hamować. Kmicic dobiegłszy, osadził też swego, aż kopyta zaryły się w ziemi, i związał rapier z szablą.
Zwarli się tedy tak, że dwa konie uczyniły niemal jedną całość. Rozległ się straszny dźwięk żelaza, szybki jak myśl; żadne oczy nie mogłyby ułowić błyskawicznych ruchów rapiera i szabli ni odróżnić księcia od Kmicica. Czasem zaczernił się Bogusławowy kapelusz, czasem błysnęła Kmicicowa misiurka. Konie szły młyńcem obok siebie. Miecze dźwięczały coraz okropniej.
Bogusław po kilku uderzeniach przestał lekceważyć przeciwnika. Wszystkie straszliwe pchnięcia, których wyuczył się od mistrzów francuskich, były odbite. Już pot spływał mu obficie z czoła, mięszając się na twarzy z barwiczką i bielidłem, już czuł znużenie w prawicy... Począł go chwytać podziw, potem niecierpliwość, potem złość, więc postanowił skończyć i pchnął okropnie, aż kapelusz spadł mu z głowy.
Kmicic odbił z taką siłą, że rapier księcia aż do boku końskiego odleciał i nim Bogusław zdołał zastawić się na nowo, ciął go samym końcem szabli w czoło.
- Christ! — krzyknął po niemiecku książę.
I zwalił się w trawę. Padł wznak.
Pan Andrzej stał przez chwilę jakby oszołomiony, lecz oprzytomniał prędko; szablę puścił na temblak, przeżegnał się, po czym zeskoczył z konia i chwyciwszy na nowo rękojeść, zbliżył się do księcia.
Straszny był, bo blady z umęczenia jak chusta, wargi miał zaciśnięte i nieubłaganą nienawiść w twarzy.
Oto śmiertelny, a tak potężny wróg leżał teraz u jego nóg we krwi, żywy jeszcze i przytomny, ale zwyciężon, i niecudzą bronią ani też z cudzą pomocą.
Bogusław patrzył na niego szeroko otwartymi oczyma, pilnie bacząc na każdy ruch zwycięzcy, a gdy Kmicic stanął tuż nad nim, zawołał prędko:
- Nie zabijaj mnie! Okup!
Kmicic, zamiast odpowiedzieć, stanął mu nogą na piersiach i przycisnął z całej siły, po czym sztych szabli oparł mu na gardle, aż skóra ugięła się pod ostrzem; potrzebował tylko ręką ruszyć, tylko pocisnąć mocniej, lecz nie zabijał od razu; chciał się jeszcze nasycić jak stoi lew nad obalonym bawołem.
Wtem książę, któremu coraz więcej krwi wypływało z czoła, tak iż cały wierzch głowy nurzał się jakoby w kałuży, ozwał się raz jeszcze, ale już bardzo przyduszonym głosem, bo stopa pana Andrzeja ciągle gniotła mu piersi:
- Dziewka... słuchaj.
Ledwie pan Andrzej usłyszał te słowa, zdjął nogę z piersi książęcych i szablę podniósł.
- Mów! — rzekł.
Lecz książę Bogusław czas jakiś oddychał tylko głęboko, wreszcie mocniejszym już głosem odpowiedział:
- Dziewka zginie, jeśli mnie zabijesz... Rozkazy wydane!
- Coś z nią uczynił? — spytał Kmicic.
- Zaniechaj mnie, to ci ją oddam, przysięgam... na Ewangelię. . .
Na to pan Andrzej uderzył się pięścią w czoło, przez chwilę znać było, że walczył ze sobą i ze swymi myślami, po czym rzekł:
- Słuchaj, zdrajco! Ja bym stu takich wyrodków za jeden jej włos oddał!... Ale ja tobie nie wierzę, krzywoprzysiężco!
- Na Ewangelię! - powtórzył książę. - Dam ci gleje i rozkaz na piśmie.
- Niechże tak będzie, daruję cię zdrowiem, ale cię z rąk nie puszczę. Dasz mi na piśmie. Tymczasem Tatarom cię oddam, u których w niewoli będziesz.
- Zgoda - rzekł książę.
- Pamiętaj! - odrzekł pan Andrzej. - Nie uchroniło cię przed moją ręką twoje księstwo, twoje wojska, twoje szermierstwo... I wiedz, że ilekroć mi wejdziesz w drogę albo nie dotrzymaszli słowa, nic cię nie uchroni, choćby cię cesarzem niemieckim kreowano. Poznajże mnie! Raz cię już miałem w ręku, teraz mi pod nogami leżysz!
Przytomność mnie opuszcza — rzekł książę. — Panie Kmicic, woda musi tu być blisko... Daj mi pić i ranę zalej.
Zdychaj, parrycydo! - rzekł Kmicic.
Lecz książę, bezpieczen już o życie, odzyskał, lubo ranny, całą pewność siebie i ozwał się: Głupiś, panie Kmicic! Jeśli umrę i ona...
Tu wargi mu zbielały.
Kmicic zaś skoczył szukać, czy w okolicy nie ma jakiego rowu lub też kałuży.
Książę omdlał, ale na krótką chwilę, i obudził się na szczęście swoje, gdyż tymczasem nadbiegł pierwszy Tatarzyn, Selim, syn Gazy-agi, chorąży z Kmicicowej watahy, a widząc broczącego we krwi nieprzyjaciela, postanowił przyszpilić go grotem od chorągwi do ziemi. Książę w tej chwili strasznej znalazł jeszcze tyle sił, że za grot ręką pochwycił, który słabo przytwierdzon oderwał się od drzewca.
W jaki sposób został w obu tekstach przedstawiony motyw pojedynku? Uzupełnij tabelę.
Krzyżacy | Potop
Przyczyny pojedynku
Stosunek przeciwników do siebie
Kodeks rycerski
Finał pojedynku
Odpowiedź nauczyciela
Zaloguj się, by odkryć odpowiedź!
Aby uzyskać dostęp do treści, musisz być zalogowany.

